NaCzechowie drukiem

NaCzechowie archiwalna

Na Facebooku

Ocena użytkowników: 0 / 5

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

z Andrzejem Wróblem, kandydatem na radnego z komitetu  "Kukiz-Wolność-Lubelscy Patrioci-Ruchy Miejskie", rozmawia Lech "Lele" Przychodzki

- Kim, Twoim zdaniem, jest Andrzej Wróbel? Redaktorem osiedlowego pisma Na Czechowie, kierowcą furgonetki, przemierzającej wzdłuż i wszerz zjednoczoną podobno Europę, społecznikiem – rozumiejącym sens słowa „wspólnota” czy może ochroniarzem przyrody, walczącym o uratowanie reliktowego terenu Wyżyny Lubelskiej, jakim są Górki Czechowskie?

- Zapomniałeś o pielgrzymie. Z mojego osobistego punktu widzenia jest to nić przewodnia i wiążąca, choć nie rzucająca się w oczy. Przychodzi czasem w drodze zmagać się z przeszkodami, o których się nie śniło. Zdarza się oglądać gruzy życiowych planów, doznawać bezsilności zmuszającej do krzyku o sens czegokolwiek. Ale po latach wiadomo: można dojść. Wystarczy mieć wiarę w Boga i ufać, że po drodze spotka się życzliwych ludzi.

- Mieszkańcom Lublina kojarzysz się głównie z działaniami Stowarzyszenia Obrony Górek Czechowskich i edycją dzielnicowej gazety. Czy ludzie z Czechowa zdają sobie sprawę, iż walka o Górki to już kolejna odsłona problemu, obecnego w życiu miasta od chwili, kiedy Ratusz, wbrew interesowi mieszkańców, nie zdecydował się na przejęcie go od wojska?
- Staram się o to od 2012 roku pisując, rozmawiając, szukając zrozumienia i wsparcia wśród ludzi, których ciekawość i wyobraźnia nie szwankuje. Ale sam też nie od razu byłem świadomy tego czym jest dla nas dawny poligon. Będąc członkiem Rady Dzielnicy Czechów Północny dziwiłem się radnym miejskim, że nie spoglądają na plan miasta i dotąd nie zauważyli że najważniejsza arteria komunikacyjna w dzielnicy jaką reprezentują kończy się w polu. A to przecież najkrótsza droga na Botanik. Potem ktoś mnie zapytał czy wiem co jest na Górkach, czy dokładniej je obejrzałem. Trafiłem na twój artykuł w „Dzikim życiu” z roku 2000, a potem poprosiłem o opowieść profesora Dominika Fijałkowskiego. Zmieniłem zdanie i namawiam do tego innych w naszym wspólnym interesie.
Dzięki kolejnym protestom, zainicjowanym w 2016 roku, przez mieszkańców osiedla TOR, przyłączenia się różnych organizacji i wielu osób z innych dzielnic do naszej wspólnej akcji „Górki Czechowskie Wietrznie Zielone (to nie błąd:  „wietrzne” od „wiatru”) grono świadomych obrońców Górek ciągle się poszerza. Naszym celem jest realizacja pierwotnych planów wobec poligonu, na których oparto obowiązujące studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania. Trzeba określić które obszary i jakiego typu ochrony wymagają. Ideałem jest park obejmujący takie tereny z rekreacyjna infrastruktura na obrzeżach. Zdaniem założycieli Stowarzyszenia powinien on nosić imię, naszego zasłużonego dla ratowania przyrody sąsiada, któremu zawdzięczamy powstanie Ogrodu Botanicznego, kilkudziesięciu rezerwatów przyrody i dwu regionalnych parków narodowych, śp. prof. Dominika Fijałkowskiego.

- Ale to podobno nie jest możliwe bo Lex Developer…
- Tak twierdzą chyba tylko ci, którym się marzy więcej płotów na ich wyborcze banery. Są akty prawne wyższego rzędu, tak krajowe, jak i europejskie, które - także zgodnie z tą ustawą - muszą być respektowane.

- Likwidacja przemysłu nad Bystrzycą przez pierwsze polskie rządy po roku 1989 wskazywała wyraźnie kierunek rozwoju Lublina. Warszawa oczekiwała, iż będzie on tylko centrum uczelnianym, miastem wielokulturowej historii i turystyki. Taka wizja narzuca wiodącą rolę terenów zielonych, tymczasem developerzy zabudowują każdy skrawek ziemi, jaki uda im się wykupić zaś władze miasta betonują w fatalnym, speerowskim stylu, te fragmenty centrum, które kojarzyły się do niedawna z trawami i wypoczynkiem w cieniu drzew…
- Mówiąc „Warszawa” masz pewnie na myśli grono chętnych do odgrywania namiestników  europejskiej czy czyjej tam prowincji, ochoczo realizujących strategie i taktyki wcale nie rodem znad Wisły. Oni wyszli na tym dobrze... Bez względu na rozłożenie priorytetów miejskich funkcji w Lublinie zapomniano, że są takie z nich, które miasto spełniać musi, jeśli ma być przyjazne, a nawet znośne do życia. Już dawno minęły czasy że wystarczyło wyjść na niedalekie rogatki by znaleźć się blisko natury. Przerośnięta urbanizacja od ponad stu lat jest zmorą dużych miast. Zieleń jest tak samo ważna jak np. drogi. Potrzebujemy zielonej sieci i przestrzeni, aby móc się regenerować, dać odetchnąć i nacieszyć się nią zmysłom, poprawić mikroklimat, po prostu, aby żyć. W Lublinie lat ostatnich tę oczywistość lekceważono. Oczywistość, bo według najprostszej nawet logiki, ten kogo nie ma, nie może już niczego mieć.

- Każde miasto ma swoje bolączki. Bolączkami moich polskich miast ulubionych - Gdańska i Szczecina - są prezydenci obu grodów. Reszta to konsekwencje ich rządów. Co, Twoim zdaniem, stanowi największe bolączki Koziego Grodu?
- Wszystko w ostateczności zależy od określonego działania lub zaniechania ludzi, którzy mają wpływ na rozwój wypadków. Spawy się komplikują, gdy niekorzystne trendy są kontynuowane przez kolejne kadencje.
Okres prezydentury Krzysztofa Żuka w porównaniu z poprzednimi jest dla wielu, efektowny, ale czy na pewno jest efektywny? Rzekomy sukces w walce z bezrobociem, na tle wskaźników ogólnokrajowych, jawi się pozornym. Ciągle nierozwiązane są zastarzałe problemy niewydolnego systemu komunikacyjnego.  Turysta zachwyci się wyobrażeniem urody Starego Miasta, ale przecież już nie jego i okolicy stanem. Przyjezdnego, wychodzącego z lubelskich dworców przygniecie wrażenie prowincjonalności przestrzennego nieładu. Ciągle straszą lasy bilbordów, rozpadające się kamienice i zabudowa w typie wiecznej prowizorki. Nowe osiedla nie integrują się wystarczająco z tkanką miejską. Są często odgrodzone, bez przestronnych ulic przelotowych i zieleni – niczym przedsiębiorstwa chowu klatkowego. Nie tylko w nowych dzielnicach odczuwa się brak infrastruktury usług społecznych, zwłaszcza opiekuńczych i edukacyjnych, ale także kulturalnych.  Bez względu na wiek dzielnicy dokuczliwy jest brak miejsca do zaparkowania.
Tymczasem, w Lublinie mamy do czynienia ze zjawiskiem jakby politycznego pata. Rada zdominowana jest całkowicie przez dwa przeciwstawne obozy, o wyrównanych siłach, na których odbija się, na dodatek, „wojna na górze”. Efektem jest coś w rodzaju chocholego tańca w klinczu.

- Czego byś życzył Wyborcom ze swego okręgu, bez względu na to, jak zagłosują?
- Dobrych, korzystnych dla nich i ich sąsiadów, wyborów. Obecności w nowej Radzie ludzi zatroskanych o miasto, którzy nie zapomną o wyborcach po szczęśliwym dla siebie finale, będą dla nich dostępni, zechcą zgłębiać i cierpliwie rozwikływać problemy, z których mieszkańcy mogli by być zadowoleni, a oby i dumni.

Rozmówcy na spacerze w wąwozie za ulicą Arnsztajnowej

Wyszukaj na stronie